Pisząc te słowa, o poranku piątego dnia zmagań, wciąż mam w tyle głowy zgłoszenia ryb, które lada moment trafią w ręce sędziów. Presja czasu towarzyszy mi nieustannie – od kilku dni wybrzmiewa gdzieś w środku jak natarczywe echo. Ale nie, nie żalę się, broń Boże. To nie skarga, a raczej wyznanie – przyznanie się do tego, że i ja noszę w sobie swoje demony.
Demony, które nie pozwalają odpocząć, które podszeptują, że każda minuta jest cenna, że każdy szczegół wart jest zapisania. Ale to właśnie one sprawiają, że z autentyczną radością siadam do tworzenia tych materiałów. To one dają mi energię, by opowiadać Wam o tym, co dzieje się na Nieliszu – o tej wodnej scenie, gdzie życie wre, gdzie w trawie „piszczy” codzienna historia wędkarzy, ryb i emocji, których nie da się opisać jednym zdaniem.











