Tak też stało się i tym razem. Ostatnia doba nie zawiodła – przyniosła przetasowania w sektorach, niczym wir wciągający dotychczasowy porządek i wypuszczający nowy, zaskakujący układ sił. To właśnie w tych ostatnich chwilach, rzutem na taśmę, dołowiono ryby, które niczym złote monety dorzucone do skarbca pozwoliły wywalczyć zwycięstwo w klasyfikacji końcowej.
Były też momenty, które rozpalały nadzieję i sprawiały, że serce przyspieszało swój rytm … jak wtedy, gdy po braniu z ponad 600 metrów na haku zawisła ryba, która okazała się jednak nie tą wymarzoną, a wręcz mało pożądaną zdobyczą. Bywało też tak, że po heroicznej walce w trudnych warunkach, gdy każdy metr holu wydawał się drogą przez burzliwe morze, ryba wyniesiona na stroby brzeg ważyła „zaledwie” 15 kilogramów – piękna, ale zbyt mała, by odmienić losy tabeli. To chwile, w których marzenie o skoku na podium rozpada się jak fale rozbijające się o wzmocniony stalowymi zaporami brzeg. Wiele z tych momentów będziecie mogli zobaczyć w naszej relacji wideo – tam zawodnicy, jeszcze w ferworze emocji, dzielą się swoimi przeżyciami, pozwalając wam zajrzeć za kulisy tej niezwykłej batalii. Ich słowa są jak echa minionej walki – pełne pasji, napięcia i wiary, że do końca warto było wierzyć w cud nad wodą.







Ostatniego dnia postanawiamy odwiedzić jeszcze miłościwie panujących Mistrzów. Przez całe zawody darowaliśmy im pytań w rodzaju: „co się dzieje, że się nic nie dzieje?”. Bo dobrze wiemy, że w tej dyscyplinie cisza nad wodą bywa najtrudniejszym przeciwnikiem – i nie trzeba jej jeszcze obudowywać słowami. Nie ma potrzeby dosypywać dramatyzmu do rywalizacji, która sama w sobie jest pełna napięć. Dla każdego z uczestników te chwile są próbą cierpliwości i siły ducha, poprzedzoną miesiącami przygotowań, wyrzeczeń i marzeń o sukcesie.
Cały nasz projekt od samego początku cechuje szacunek – do zawodników, do wody, do rywalizacji i do tradycji. W podróż do finału zabieramy tylko tych Sportowców, którzy naprawdę zasłużyli, by się tu znaleźć. Ci, którzy przeszli przez wymagający cykl eliminacyjny, i ci, którzy jako Mistrzowie roku ubiegłego otrzymali prawo do obrony tytułu – wszyscy udowodnili, że ich obecność nie jest dziełem przypadku. To nie przypadkowe zabranie się na zawody „na stopa” na drodze sportu, ale bilet zdobyty ciężką pracą, talentem i konsekwencją.
Tegoroczna impreza pokazała coś jeszcze – coś, co bywa cenniejsze niż same wyniki. W aspekcie przewinień, które niestety w sporcie czasem się zdarzają, nasi zawodnicy zdali egzamin wzorowo. Nikt nie dopuścił się czynu niegodnego naszego środowiska. To dowód, że wędkarstwo karpiowe w odsłonie Mistrzostw Polski w Wędkarstwie Karpiowym to nie tylko walka o kilogramy i centymetry, ale przede wszystkim etyka, odpowiedzialność i honor.
Dlatego możemy być dumni – nie tylko z wyników, ale i z tego, że tworzymy wspólnotę ludzi, dla których zasady fair play nie są pustym hasłem, lecz codziennym wyborem nad wodą.


Ten dzień zawsze staje się odwiecznym preludium do finału – niczym ostatnie nuty symfonii, które przygotowują nas na najgłośniejsze uderzenie. To ogromne wyzwanie organizacyjne, w którym o poranku musimy dzielić siły pomiędzy dwa światy: arenę trwania zawodów, gdzie wciąż toczy się walka o każde 100gram, i arenę zakończenia, gdzie krok po kroku rodzi się przestrzeń do celebrowania zwycięstwa. To chwile, w których czas biegnie szybciej niż zwykle, a każdy detal staje się niezwykle ważnym elementem.
Pozwólcie, że podzielę się małą opowieścią – osobistym rytuałem, który noszę w sercu. Od wielu lat, w ostatni wieczór Mistrzostw, robię zdjęcia medalu Mistrzów Polski. I zawsze wtedy towarzyszy mi zachód słońca… Ale nie byle jaki. To zachód wyjątkowy, jakby niebo samo wiedziało, że trzeba otulić medal złotem promieni, dodać mu blasku większego niż kruszec, z którego został wykonany.
Czy możecie mi wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego właśnie wtedy, kiedy medal spoczywa w moich dłoniach, słońce układa się do snu w najpiękniejszych barwach – czerwieni, złota i purpury?
Może to przypadek. A może znak.
Tak bardzo ukochałem ten widok, że czuję, iż on odwzajemnia moje uczucie. Jak stary przyjaciel, który co roku przychodzi, by razem ze mną uświęcić ten moment. To nie jest tylko zachód słońca. To obietnica, że piękno tej dyscypliny i wysiłek włożony w jej rozwój zostają dostrzeżone także tam, gdzie kończy się horyzont.



Poranek przynosi jeszcze jedno, niezwykle ważne rozstrzygnięcie w sektorze, który przez długi czas pozostawał bez ryby. To rozstrzygnięcie nie jest jednak dziełem przypadku – stoi za nim wiara w obrany plan, cierpliwość i konsekwencja w sektorze, który wielu mogłoby uznać za niebywale trudny, wręcz przeklęty.
Tutaj przytoczę słowa mojego przyjaciela, Dawida Czichosa, które jak echo wybrzmiewają nad taflą wody – tak na marginesie Dawid niebawem zagości nad wodami w naszym nowym projekcie, ale to za chwilę:
„Danielku, jeśli zbiornik jest podzielony na 50 sektorów, z których każdy ma po kilka hektarów, to nie ma siły, by w nim nie było ryb. Każdy z zawodników ma do obłowienia areał większy niż niejedna komercja. Dziesiątki miejscówek, setki ścieżek żerowych, których poznanie wymagałoby miesięcy życia nad wodą. To wielki sukces, że tam, gdzie fala uniemożliwia nawet wyłynięcie, a całość rywalizacji to totalny hardcore, nie ograniczający się jedynie do położenia zestawu pod nogami na spokojnej wodzie – w ciągu kilku dni, bez znajomości łowiska, powstają tak wspaniałe wyniki.”
Te słowa oddają prawdę, którą widzieliśmy na własne oczy. Przykład tej ekipy doskonale pokazuje jakość zawodników – ich determinację, kreatywność i odporność psychiczną. I czy naprawdę przypadkowe jest, że właśnie ten sektor sędziowany był przez Elizę? Elizę, która dwa lata temu, wspólnie z Adrianem, w ostatniej dobie zawodów walczyła do końca, by ze środka zbiornika wyholować rybę życia i dzięki temu zdobyć 3. miejsce w Finale wraz ze zwycięstwem w klasyfikacji BIG FISH ?
Przypadek? A może dobry omen?
Reasumując – to, czego byliśmy świadkami, było istnym „rzutem na taśmę” w najczystszej postaci. Porównywalnym z tym sprinterskim finiszem podczas wczorajszego maratonu mistrzostw świata, gdzie o zwycięstwie decydują ułamki sekund, ostatnie kroki, ostatni oddech po 42 kilomatrach morderczej walki
Tutaj też wszystko rozegrało się na granicy możliwości. To było WOW. To było show, które przejdzie do historii. A energia, którą wyzwoliło, rozsiała się nad zbiornikiem jak iskry wielkiego ogniska – i jeszcze długo będzie w nas buzować.

Dochodzimy do finału…
Dumnym krokiem, w obecności Sponsora Generalnego – z ramienia firmy JetFish, Witka Smolarczyka – zmierzamy, by ogłosić zwycięzcom ich upragniony Chempionat. W pogoni za chwilą, mając władzę w postaci jednego kliknięcia w przycisk enter, zatrzymuję się tutaj, świadomie pozostawiając obrazy tej magicznej sceny w relacji wideo. Bo są chwile, których żadne słowa nie oddadzą tak dobrze jak błysk w oczach zawodników i ich oddech wstrzymany z emocji.
Jutro opowiemy wam więcej – pokażemy kilka kadrów podpisanych imionami i nazwiskami, zdjęcia, które już widzieliście, ale które w tym kontekście nabiorą jeszcze głębszego znaczenia.
Wtedy, w tej decydującej chwili, przytrzymaliśmy zawodników w niepewności przez kilkadziesiąt minut. Dla nich to trwało wieczność. Zaczynali wątpić – czy naprawdę zwyciężyli? Dlaczego organizatorzy wciąż nie nadchodzą? Czy ktoś w ostatniej chwili dokonał czegoś spektakularnego i przeskoczył ich w tabeli? Czy marzenia właśnie wymykają się im z rąk?
Nieeeeeeeeeeeeee.
Wszystko skończyło się dla nich dobrze. Ale te minuty w oczekiwaniu płynęły jak godziny, a każda sekunda uderzała o serce jak grom. I może dobrze – bo życie na co dzień biegnie zbyt szybko. Wciąż je przyspieszamy, sztucznie pędząc za kolejnymi celami. A tutaj dostaliśmy niezwykły dar: chwilę spowolnienia.
Moment, w którym czas rozciągnął się niczym film w trybie slow motion. Kiedy każdy oddech i każde spojrzenie zapadało głębiej w pamięć. Kiedy serce biło głośniej, jakby chciało zapisać tę chwilę w swojej własnej kronice. Właśnie dlatego ten finał zostanie z nami na długo. Bo zwycięstwo to nie tylko wynik w tabeli, ale także ta droga przez wątpliwości, to zatrzymanie czasu, które pozwala naprawdę poczuć wagę chwili.

Któż by nie chciał znaleźć się na ich miejscu? Stanąć na podium, poczuć ciężar medalu na szyi i świadomość, że wszystkie bezsenne noce, zimne poranki i godziny spędzone nad wodą przyniosły upragniony owoc.
Realizując materiały z Mistrzostw Polski, jeszcze nigdy nie potrafiłem zachować pełnego spokoju – zawsze towarzyszyły mi łzy. Czasami były to łzy podszyte smutkiem, gdy nasze działania spotykały się z niezrozumieniem lub atakami. Bywało, że pojawiała się bezsilność, gdy ciosy personalne uderzały we mnie samego. Ale te ciężkie krople zawsze opadały gdzieś głęboko na dno serca. Na powierzchni pozostawały tylko łzy radości, wzruszenia i dumy – bo finałowe chwile, świętowane wspólnie z Mistrzami Polski w Wędkarstwie Karpiowym, są czymś, czego nie sposób porównać z niczym innym.
To moment, w którym zacierają się wszystkie trudy, a zostaje czyste piękno sportu i ludzkiej pasji. To chwila, gdy cała droga – od eliminacji, przez bezsenne noce nad wodą, aż po ostatni rzut na taśmę – układa się w historię wartą złotych liter.
Tak kończy się ten etap. Etap pełen emocji, prób i triumfów. Etap, który pozostanie z nami na zawsze – nie tylko w relacjach i fotografiach, ale przede wszystkim w sercach tych, którzy go przeżyli.
Bo Mistrzostwa Polski to nie tylko rywalizacja. To żywa opowieść o marzeniach, wierze i sile ducha. I to właśnie ona będzie nas prowadzić dalej.
Więc Do jutra 😉

ELredaktore Backstage Crew