Tak jak zakładaliśmy – ta ostatnia noc udowodniła, że w karpiowaniu cuda nie zdarzają się same z siebie, ale są wynikiem walki do samego końca. Dokładnie widzieliśmy, jak wiele zawodnicy postanowili wycisnąć ze swoich miejscówek w finałowym procesie rywalizacji. Tu nie było miękkiej gry. Każdy z zespołów doskonale wiedział, że przy formule klasyfikacji opartej na 3 najcięższych rybach, pojedynczy hol potrafi wywrócić tabelę do góry nogami. Skoro na niejednych zasiadkach w ciągu kilkunastu godzin potrafiły dziać się rzeczy niemożliwe, nikt nie zamierzał składać broni przed finałową syreną. I ta determinacja przyniosła niesamowite zwroty akcji w finale tego wydarzenia.
Ile zostało na kołowrotku ??? 13 kroków z namiotu 😉
Upragnione punkty zdobyte w samym finale zawodów przynoszą ogromną radość, ale w głowie pozostaje też sporo gorzkich słów i bolesny akt samokrytyki. Bo jak inaczej podejść do tematu, gdy po zmianie miejscówek dosłownie na ostatnie godziny rywalizacji – po pięciu długich dniach absolutnego „bez pika” – wreszcie notuje się spinkę, a chwilę później piękny karp melduje się na macie? Z jednej strony przychodzi upragniona ulga i przełamanie złej passy, z drugiej – nieuniknione pytanie i wyrzut do samego siebie: „Dlaczego tak późno? Co by było, gdyby ta decyzja zapadła chociaż dobę wcześniej?”. Taka właśnie jest ta woda – uczy pokory do ostatniej sekundy.
Na tym stanowisku rozegrała się prawdziwa batalia pościgowa za rozpędzonym peletonem, który wydawał się już niemal pewnym zwycięzcą w Klasyfikacji Drużynowej. Niczym przyczajone tygrysy, rzutem na taśmę wyszarpali utracony w przedziwnych okolicznościach czempionat! Niech szczegóły tej sytuacji pozostaną między prawdziwymi facetami i rozmyją się w kulisach nicości. Całe to zdarzenie wyraźnie pokazuje jedno: do regulaminu, roli zawodnika Finału PCM, a także do obowiązków sędziowskich i organizacyjnych należy zawsze podchodzić z najwyższą, bezkompromisową starannością – bo na takim poziomie u góry wystarczy drobne niedopatrzenie, by rozpętać sportową burzę.
Daliście radę, Panowie! Niesamowita historia, charakter i walka do samego końca!
Wszyscy, którzy uważnie śledzili poczynania zawodników tego Finału, doskonale wiedzą, o jakiej stawce i o jakiej presji tu mowa. Po wspaniałym początku do walki z nimi stanęło wiele ekip ze zbiornika wstępnego. Przerzucili masę ryb niżej punktowanych, w międzyczasie spadali poza podium, słuchali setek „dobrych rad” od domorosłych ekspertów, ale z każdą kolejną dobą zyskiwali coś niesamowicie cennego – szczerszą sympatię i ogromne wsparcie kibiców wokół siebie.
Wylosowanie stanowiska przy tamie bywa prawdziwym przekleństwem. Teoretycznie dostałeś „pewniaka”, teoretycznie musisz wygrać. A gdy już tam staniesz i zmierzysz się z rzeczywistością, zaczyna do ciebie docierać brutalna prawda: nawet jeśli wyszarpiesz ten sukces ciężką pracą, zawsze znajdzie się jakiś mały człowieczek, który ze zwykłej zazdrości zapragnie obedrzeć cię z tego osiągnięcia.
Ta impreza dobitnie pokazała, jak to wszystko bywa ulotne. Duży zbiornik wcale nie został tak łatwo rozdany na tamie, jak co niektórym mogłoby się wydawać z perspektywy kanapy. Zawodnicy zgłaszali ogromną liczbę spinek, a kulisy wielu holi pokazały, że tam nie było ani centymetra taryfy ulgowej. Każdemu z nas czegoś zabrakło, jednemu los dał ciut więcej, innemu rzucił kłody pod nogi.
Reasumując – Panowie, to była DOBRA WALKA. Z rybami, z pogodą i z tym ślepym losem. Sukces na Mistrzostwach Polski nie wyczarowuje się w szklanej kuli. Tutaj nic nie dostaje się za darmo – na to trzeba ciężko harować od pierwszej do ostatniej minuty!
Ty naprawde peleton był przyczajony.
To stanowisko z pewnością może odczuwać pewny niedosyt. Na swojej drodze do zwycięstwa w sektorze przerzucili sporo ryb, ale na koniec do klasyfikacji generalnej zabrakło cyferek na wadze i – jak to zwykle nad wodą bywa – po prostu czasu. Ojciec z synem, działający ramie w ramię w asyście nieocenionego Team Runnera.
Nie ukrywam, że przyglądałem się tej trójce z lekką zazdrością. Żyjemy dziś wspaniałych czasach, w których współdzielenie pasji przez dzieci i rodziców przybiera zupełnie inny, partnerki wymiar. Wydawałoby się, że na wspólne wędkowanie nigdy nie ma złego momentu, ale gdy wracam pamięcią do własnych początków z moim ojcem, przypominam sobie tamten dawny konflikt pokoleń i różnice mentalności. Wtedy wszystko wydawało się trudniejsze, bardziej skomplikowane.
Dziś, bez względu na to, jak różne bywają ludzkie relacje, jedno pozostaje niezmienne – głęboko w sercu noszę ogromny szacunek i wdzięczność dla swojego Ojca za to, że to właśnie dzięki niemu trzymam dziś w dłoniach wędkę i mogę być częścią tego pięknego świata.
Tutaj powietrze było aż gęste od frustracji. Piękna ryba melduje się na macie, ale druga – równie wspaniała – zatańczyła na ramie podbieraka i spięła się w ostatniej chwili. Do tego niedosyt przy walce o Big Fish zawodów, gdzie do upragnionej granicy zabrakło zaledwie 200 gramów… Na nic w tej samej sekundzie były jakiekolwiek słowa otuchy. Czysta sportowa złość, bezsilność i chwilowa załamka.
Szczerze? Na ich miejscu wyglądałbym dokładnie tak samo. Chyba sam bym się zapłakał. Patrząc z boku z zimną głową – taka sytuacja po prostu czysto i ludzko boli.
A tutaj , dla kontrastu wiela radość, że ryba weszła do klasyfikacji. Brzeg od tamy zaczął daleko rozdawać. Innym zabrakło czasu i ………….
Oni wiedzą sami czego w przypadku wielu brań zakończonych utratą ryb.
Apropo’s Big Fisha – NA stanicy były łowione większe okazy ale w korelacji Wiek, Waga, Wyważenie – WWW poziom 10 !!!!
Wspominaliśmy wcześniej o rzutach na taśmę? Oto kolejny dowód na to, jak nieprzewidywalny bywa ten sport. Jak to jest wykonać w ostatnich minutach tak potężny skok na pudło?
Fakt – był moment, w którym to oni dyktowali warunki i prowadzili w całej klasyfikacji. Od początku zapowiadali zresztą bezkompromisowo, że nie położą się spać przez pełne dwie doby, by wycisnąć ze swojego stanowiska absolutne maksimum. Co czuli w chwilach, gdy po liderowaniu marzenie o złocie zaczęło się powoli oddalać? Na pewno nie zostali z tym sami. Znaleźli ogromne pokrzepienie w swoich sąsiadach ze stanowiska obok. Ci ludzie jak prawdziwi bracia dopingowali ich do ostatnich sekund, jakby walczyli w jednym, wspólnym Teamie. Zero zawiści, czysta wędkarska solidarność.
I to jest właśnie ta niepodrabialna MAGIA MISTRZOSTW!
Sytuację tą zobrazował film na profilu FB – PFWK
Bardzo dobra realizacja Tomka, która wprowadza nas w dramaturgię tej chwili,
https://www.facebook.com/reel/2897468537286971
Spróbuję wam opisac kulisy.
Czy w ogóle jesteśmy w stanie przeprowadzić taką „akcję” w pełnej tajemnicy? Cisza medialna teoretycznie powinna pomagać, ale praktyka nad wodą rządzi się własnymi prawami. Ze swojego własnego doświadczenia – gdy przed laty walczyliśmy na Mietkowie o utrzymanie prowadzenia sektorowego przez trzy mordercze doby, nie doławiając ryb, a w ostatniej dobie ruch na wodzie w naszych rejonach był ogromny – wiem doskonale, że w takich momentach nic nie jest oczywiste. Dokładnie tak samo było tutaj, przy przeważaniu tych kilku kluczowych ryb na stanowisku Bronka, Kacpra i Krzysztofa. O zbiorniku wstępnym nawet nie wspominając.
Co czuli zawodnicy, kiedy nagle wbiegliśmy na ich stanowisko? Czy widzieli, jak skradamy się po stromej, kamienistej faszynie? Może kiedyś, przy spokojnej rozmowie, zdradzą nam te emocje. Ale jedno Wam powiem z naszej perspektywy: dla nas to jest czysta, niekontrolowana euforia.
Za każdym razem, przed każdym finałem obiecujemy sobie: „Tym razem zrobimy to spokojnie, profesjonalnie, bez emocji”, taaaaaaaaaaaa …… I za każdym razem wszystko idzie na nic! Biegniemy jak oszalałym pędem, krzyczymy na całe gardło i świętujemy razem z nimi i tracimy ostrość nie tylko w obiektywach – BO TO JEST ŚWIĘTO POLSKIEGO WĘDKARSTWA KARPIOWEGO!
Sponsorzy generalni mają swoje przywileje 😉 Oficjalna fotka z Mistrzami 😉
I tak oto kończy się moja osobista opowieść na ten moment.
Za chwilę przyjdzie czas na oficjalny, chłodny materiał podsumowujący – taki, w którym trzeba będzie szczegółowo porozmawiać o naszych Sponsorach i Partnerach, przeanalizować cyfry i zwrócić uwagę na kilka kluczowych czynników organizacyjnych, bez tego mojego, czasem nieco zabawnego czy przekornego tonu.
Ale zanim to nastąpi, chcę Wam po prostu po ludzku podziękować. Dziękuję, że wytrwaliście ze mną te wszystkie mordercze dni i noce nad wodą. Dziękuję za każde dobre słowo, każdy komentarz i za to, że mogłem tworzyć tę historię właśnie dla Was. To był dla mnie ogromny zaszczyt.
Trzymajcie się i do zobaczenia przy oficjalnym raporcie!
El Redaktore
Daniel Kruszyna